Od zera do ultrarunnera czyli historia pewnej (szalonej) biegaczki

Od zera do ultrarunnera czyli historia pewnej (szalonej) biegaczki

Każdy kiedyś zaczynał, nie rodzimy się mistrzami. Są osoby, które mają predyspozycje do biegania, wiele osób od najmłodszych lat w jakimś stopniu jest związana ze sportem, ale myślę, że zdecydowana większość z nas swoją aktywność ograniczała tylko do lekcji  wychowania fizycznego i to bez większego entuzjazmu. Ja również zaliczałam się do tej ostatniej grupy – owszem, lubiłam się ruszać, ale zawsze wmawiałam sobie, że po prostu nie jestem stworzona do uprawiania sportu, a każdy pomysł zapisania się na jakąś sekcję, kupienia karnetu do klubu fitness lub zrobienia czegokolwiek, żeby ruszyć swój leniwy tyłek kończył się stwierdzeniem, że przecież tylko się ośmieszę i że to w ogóle bez sensu…

Ostatnio często słyszę pytania typu – od kiedy biegam, dlaczego to robię, jak to się zaczęło, dlatego postanowiłam opisać moją krótką (bo tylko 3-letnią) przygodę z bieganiem.

Moje bieganie i regularna aktywność fizyczna rozpoczęły się wraz z nadejściem fitness mody i szału na Chodakowską. Po prostu, jak każda dziewczyna chciałam o siebie trochę zadbać i zrzucić kilka kilo. Pewnie nie uwierzycie, ale ja naprawdę wtedy nie przepadałam za bieganiem! Okropnie mnie męczyło i denerwował mnie fakt, że nie jestem w stanie pokonać bez żadnej przerwy całego odcinka, który sobie założyłam. Zdecydowanie bardziej wolałam wtedy treningi w domu, no ale przecież nie samą Chodakowską człowiek żyje ;) Truchtania nie porzuciłam, wytrwale pokonywałam pierwsze kilometry, ale brakowało w tym wszystkim regularności.

Po pewnym czasie zupełnie przypadkowo trafiłam na artykuł w gazecie, w którym były opisane historie kilku kobiet, które przebiegły maraton w różnych miejscach i to nie tylko w Europie, ale i na świecie. Byłam zafascynowana, że można przebiec aż tak duży dystans! I to w dodatku będąc amatorem, mając zwykłą pracę, codzienne obowiązki… Zaczęłam trochę szperać w internecie i tak trafiłam na kilka fajnych blogów, dzięki którym dowiedziałam się, że istnieją też biegi na krótszych dystansach. Zainspirowana i zmotywowana zapisałam się na swoje pierwsze zawody – II Bieg Wielkich Serc w Krakowie.

1534809_644552292257590_1756974828_o

Widząc, że przebiegnięcie 5-10 km nie sprawia mi żadnego problemu, postanowiłam spróbować swoich sił w półmaratonie. Pomimo 2 miesięcy intensywnych przygotowań w każdą pogodę, o każdej porze, nie byłam pewna czy poradzę sobie z tym dystansem. Dowód? Fragment rozmowy kilka dni przed pierwszym półmaratonem:

rozmowa

Wątpliwości, mnóstwo wątpliwości :) Że nie dobiegnę do mety, że będę na samym końcu, że ludzie mnie wyśmieją… Ale jak wiadomo – strach ma wielkie oczy i XI Krakowski Półmaraton Marzanny ukończyłam może z nie najlepszym wynikiem, ale ogromną dumą i satysfakcją.

10151500_726753627369887_912642220_n

Później zaczęły się matury, wakacje, a tym samym przerwa w zawodach, ale nie w bieganiu. Bo to jest tak – jak już raz poczujesz ten klimat, ten przypływ endorfin, to prędzej czy później i tak do tego wrócisz. I wracałam. Było mnóstwo startów na różnych dystansach, dużo półmaratonów, w tym pierwszy półmaraton w górach. I chyba właśnie podczas tego półmaratonu w Wadowicach poczułam pierwszy powiew miłości do biegania po górach i do gór w ogóle. Tylko tam czułam się wolna, zapominałam o wszystkich problemach, nabierałam dystansu walcząc ze swoimi słabościami. Niesamowity klimat tych zawodów sprawił, że coraz rzadziej wracałam na asfalt, z czasem rezygnując z niego całkowicie.

11894511_913356695404985_5516399879239362396_o

No dobra, były półmaratony, a co z królewskim dystansem? Szczerze mówiąc nie śpieszyło mi się do niego. Wiele osób mówiło mi, że w sumie to już po pierwszych 21 km mogłam spokojnie przygotowywać się pod maraton… Tylko po co? Nie odczuwałam takiej potrzeby, satysfakcję dawało mi bieganie krótszych dystansów. Wiedziałam, że kiedyś przyjdzie ten dzień, że będę chciała to zrobić. Teraz wiem, że ten brak pośpiechu i czekanie na odpowiedni moment był najlepszą decyzją, jaką mogłam podjąć. Bo zrobiłam to, w wyjątkowym miejscu, w wyjątkowym czasie (moje 21 urodziny) z wyjątkowymi ludźmi. Nie mogłam sobie wybrać lepszego miejsca na debiut, a Zimowy Maraton Bieszczadzki z całego serca polecam każdemu!

12605502_1013597335353082_2365379642697497760_o

Nie myślcie, że wszystko poszło mi tak łatwo i bez żadnych problemów… Miesiąc przed tym maratonem, z własnej głupoty złapałam kontuzję. Wizyta u fizjoterapeuty i kolejny szok – delikatnie zasugerował, że nie jestem stworzona do biegania. Pisząc w skrócie – po prostu jestem zbudowana tak a nie inaczej, biegam asymetrycznie, „naprawienie” tego kosztowałoby mnie wiele lat prac (jeśli w ogóle byłoby to możliwe) i generalnie nie powinnam biegać długich dystansów. W głowie przewijało się mnóstwo myśli – przecież miałam w planach maraton, myślałam już o ultra, miałam tak po prostu zrezygnować, wrócić do krótkich dystansów i ćwiczyć technikę? Wybrałam to, co podpowiedziało mi serce. Wbrew wszystkiemu i wszystkim postanowiłam zawalczyć o marzenia. Nieodpowiedzialność i lekkomyślność? Możliwe, ale oczami wyobraźni widziałam tylko jeden cel – Bieg Ultra Granią Tatr i zdobycie do niego punktów kwalifikacyjnych.

Rok 2016 był wyjątkowym rokiem – pierwszy maraton, kilka miesięcy później debiut na dystansie ultra (Beskidzki Topór 73 km), kolejny maraton w Lądku Zdrój oraz start w Biegu 7 Dolin, o którym pisałam tutaj. Było kilka porażek, które (nie będę ukrywać) bardzo ciężko znosiłam, ale po których dosyć szybko się podnosiłam i wyciągałam wnioski. Były pierwsze samotne (i nie tylko) wycieczki biegowe po ukochanych Tatrach, nowo poznani ludzie, którzy są dla mnie motywacją i inspiracją.

img_20160909_182321367 13839903_1312057792172798_1870533627_o img_20160826_142427012

imgp5726 img_20161011_201504

15727076_1269113803134766_2027654139857343456_n 15781703_1269113776468102_8109054878180611813_n

Jak widzicie w ciągu 3 lat może się wiele zmienić. Nie ukrywam i zawsze będę to powtarzać, że jestem jeszcze młoda i z pewnymi rzeczami za bardzo się śpieszę. No cóż, taka już moja natura, jestem okropnie upartym i niecierpliwym człowiekiem, a zamiast czekać wolę działać. Najważniejszą rzeczą dla mnie jest robienie tego, co sprawia, że czuję się żywa. A właśnie w bieganiu odnalazłam swoją miłość, pasję, motywację do stania się lepszą wersją siebie.

Nie bójcie się stawiać sobie wysokich i lekko szalonych celów. Czasem warto iść pod prąd, a obiecuję Wam, że dojdziecie do miejsc, o których wcześniej nawet nie śniliście. To co, widzimy się na treningu? :)