To na ile kilometrów ten maraton? – relacja z III Zimowego Maratonu Bieszczadzkiego

Chcesz wykręcić dobry czas w maratonie/zrobić nową życiówkę/powalczyć o podium? Pod tym względem stanowczo odradzam Zimowy Maraton Bieszczadzki! :D

Po pierwsze – usytuowanie. Skądkolwiek byś nie jechał i tak masz daleko. Toż to prawie koniec świata! A jak nie jesteś zmotoryzowany (tak jak było np. w moim przypadku) to sprawa jest lekko utrudniona. Chyba 3 razy musiałam szukać transportu – bo okazało się, że nie wyrobię się czasowo, bo ktoś nie może jednak pojechać, bo wypadek…. Jeśli kiedyś pomyślicie, że gorzej już być nie może, to uwierzcie, że może! W pewnym momencie zaczęło mnie to już bawić i tylko zastanawiałam się, co jeszcze może się wydarzyć. Po długich poszukiwaniach, wielokrotnych zmianach planów, w dniu wyjazdu o 3 nad ranem ostatecznie postanowiła mnie przygarnąć para biegaczy (jeśli to czytacie, jeszcze raz ogromnie Wam dziękuję!). Sama do tej pory nie wiem jak to możliwe. Przeznaczenie, cud, a może po prostu mój upór? Cokolwiek to było, 28.01 w godzinach wieczornych zameldowałam się w biurze zawodów w Cisnej. Ufff, udało się nawet wyspać i stawić się następnego dnia na miejsce startu już bez żadnych komplikacji!

Po drugie – warunki i trasa. To się akurat udało… do  mniej więcej 30 kilometra :D. Lekki mrozik (no dobra, nie taki lekki, rano było prawie 15 stopni na minusie), iskrzący się w słońcu śnieg i szron tworzący srebrzyste kryształy nadały całej trasie niesamowitego uroku. Było tak pięknie, że miałam ochotę co chwilę się zatrzymywać i robić zdjęcia. Na trasie nie było ślisko, biegło się naprawdę przyjemnie a liczne podbiegi i zbiegi sprawiały, że droga nie była nudna i monotonna. Szczególnie atrakcyjny był „zbieg” do punktu odżywczego na 34 km – Karczmy Brzeziniak. W tamtym roku zbiegałam tam jak szalona (swoją drogą ciekawe gdzie mi się wtedy tak spieszyło…. do punktu czy do mety :D), tym razem miałam problem ze schodzeniem, a utrzymanie równowagi w śniegu po kolana było małym wyzwaniem. No i oczywiście dystans. 42 km? To tylko dla słabych! Dorzućmy jeszcze do tego dodatkowe 2 kilometry po torach, będzie ciekawiej :)

16402473_1216771618437578_7058014772431432711_o

Fot.: Piotr Dymus

A skoro mowa już o Brzeziniaku… Jest to zdecydowanie główny punkt programu, krążą nawet legendy, że niektórzy właśnie tam kończą swój maraton, oddając się degustacji najlepszej na świecie pomidorowej, pieczonym ziemniaczkom i ruskim (które również skradły moje serce). A może do tego jeszcze trochę herbatki z wiśnióweczką? No przecież, że nie mogłam odmówić! :) Aż wstyd się przyznać, ale te harbatki „z prądem” dodają takiej energii, że aż chce się biec! No ładnie, zamiast dawać innym przykład i pokazać, jak się walczy o dobry czas w maratonie, to się człowiek alkoholizuje na punktach… :D

No i najważniejsza rzecz, która sprawia, że co roku będę tam wracać – niesamowici ludzie! Kolejne nowe znajomości, niespodziewane spotkanie znajomej, z którą biegłam w maju Beskidzkiego Topora (spotkałyśmy się na starcie, biegłyśmy razem sporą część trasy, gadając o wszystkim i o niczym i dopiero po kilkunastu kilometrach zorientowałyśmy się, że przecież już się znamy… :D Na usprawiedliwienie dodam, że obie jesteśmy blondynkami, to wiele wyjaśnia :D). Nawet jeśli chcesz pobiec sam, to jest to niemożliwe, co chwilę ktoś cię zagaduje, a kilometry lecą jak szalone. Do tego dochodzi jeszcze przybijanie piątek na trasie, wspieranie mijających biegaczy i ogólnie magiczna atmosfera, której nie znajdziesz na żadnym innym biegu.

16409151_1537594199584901_502266758_o

Fot. Michał Kurowski / Rusz tyłek

Wiem, piszę o tym biegu w samych superlatywach, ale naprawdę, nawet gdybym chciała, to nie mam się do czego przyczepić! Są takie biegi, które zostają nam na długo w pamięci. Na które chcesz wracać niezależnie od miejsca i towarzystwa. Zimowy Maraton Bieszczadzki zawsze taki dla mnie będzie. Nie wiem, czy to sentyment (to właśnie tutaj rok temu zaliczyłam swój pierwszy debiut na królewskim dystansie), czy to miejsce i ludzie, którzy sprawiają, że chociaż chwilowo zapomina się o problemach i szarej codzienności… W każdym razie już teraz mogę powiedzieć – do zobaczenia za rok!

16665677_1423179374383498_7058589039422726128_o

Fot. Jolanta Błasiak-Wielgus

16409449_1537594069584914_310949760_o

Fot. Michał Kurowski / Rusz tyłek

img_20170129_083436502