Ach, ta Dzisiejsza Młodzież… 4 Górska Pętla UBS.

Ach, ta Dzisiejsza Młodzież… 4 Górska Pętla UBS.

Fot. Piotr Puchała

Sezon biegowy zaczął się u mnie na dobre. Kolejny start, kolejne wyzwanie, kolejne kilometry na górskich ścieżkach. A to wszystko w ramach 4 Górskiej Pętli UBS, 12-godzinnego biegu ultra, który przebiegłam w sztafecie z Rafałem (Iron Erfel Ultra Trail).

Wszystko zaczęło się od posta na jednej z Facebookowych grup biegowych, gdzie Rafał szukał kompana na te zawody. W ostatnim czasie większość moich startów wypada spontanicznie, nie lubię planować z większym wyprzedzeniem (taki już mój charakter, milion pomysłów na minutę i ciągła zmiana planów), dlatego i tym razem pomyślałam – dlaczego nie? Zarówno dla mnie, jak i dla mojego towarzysza było to zupełnie nowe doświadczenie, oboje jeszcze nigdy nie biegliśmy w sztafecie, dlatego byliśmy ciekawi, jak to wszystko wygląda od strony organizacyjnej oraz jak nasze organizmy zareagują na taki wysiłek z przerwami.

Podsumowanie biegu w trzech słowach? Śnieg, błoto i japierdolęnigdywięcej :D. Warunki były ciężkie, przynajmniej w moim odczuciu, aczkolwiek zawsze mogło być gorzej – po kilku kilometrach już nawet nie zwracasz uwagi na to, że w butach masz błotno-śniegowy basen. Gdyby nie ocieplenie, na trasie pewnie byłoby mnóstwo lodu, wtedy to dopiero byłaby prawdziwa walka o przetrwanie! Trochę sobie ponarzekałam w myślach, trochę się pośmiałam gdy na szybkich zbiegach ledwo utrzymywałam równowagę, ale ogólnie było bardzo pozytywnie. Gdyby nie to, że Rafał czekał na mnie na mecie w strefie zmian, pewnie odpuściłabym po pierwszych kilometrach, a drugiej pętli nawet bym nie ruszyła. Po kilku kryzysowych momentach i nieustannej walce z własnymi myślami stwierdziłam, że nie mogę tak po prostu się poddać. Drużyna to drużyna, działamy razem i walczymy do samego końca!

Jeżeli chodzi o organizację samego biegu, to była ona na iście mistrzowskim poziomie. Dobrze zaopatrzony bufet, świetnie oznakowana trasa (za co ogromnie dziękuję, potrafię się zgubić nawet na prostej drodze, na szczęście tym razem obyło się bez żadnych atrakcji, nawet przy samotnym biegu w świetle czołówki) miła atmosfera no i te pyszne naleśniki, które zrobiły furorę!

A podsumowując bieg w liczbach: ilość ok. 16-kilometrowych pętli – 5, co dało nam dystans prawie 80 km i 21 miejsce w klasyfikacji generalnej. Ten mały sukces to głównie zasługa Rafała, który popychał naszą drużynę do przodu i nadrabiał stracony czas. Być może udałoby się skończyć nawet na 6 pętlach, ale perspektywa ponownego wbiegnięcia na trasę i walki z czasem nie nastrajała mnie zbyt pozytywnie.

Mimo wszystko jestem ogromnie zadowolona! Czy spróbuję jeszcze raz? Być może, ale po krótkich przemyśleniach stwierdzam, że to chyba jednak nie moja bajka. Nie dla mnie takie wyścigi i rywalizacja, zdecydowanie wolę długie, ale za to spokojne biegi, na których mam czas na podziwianie widoków, rozmowy z ludźmi i wsłuchiwanie się we własne myśli. Ale jak wiadomo, w życiu trzeba próbować nowych rzeczy i stawiać sobie kolejne wyzwania. Grunt to dobre, pozytywne nastawienie i nie uleganie kryzysom. Bo najlepsze, magiczne rzeczy dzieją się poza strefą komfortu!

dsc_0264

17101517_1466121026765495_1264283970_o

SONY DSC

Fot. Piotr Kosmala